14 października 2019 · Nepal, Himalaje

Himalaje - trekking do Everest Base Camp i zdobycie Kalapatthar

14 października 2019 roku wraz z 13-osobową grupą z Pszczyny wyruszyliśmy w Himalaje. Celem było dotarcie do znajdującego się na wysokości 5364 m Everest Base Camp oraz zdobycie Kalapatthar (5643 m).

Aleksandra Kost na tle panoramy ośnieżonych szczytów Himalajów

Najniebezpieczniejsze lotnisko świata

Najpierw polecieliśmy do Katmandu, stolicy Nepalu, a następnie do Lukli, skąd wyruszyliśmy na kilkunastodniowy trekking. Lotnisko w Lukli to najbardziej niebezpieczne lotnisko świata - sama świadomość tego działa na wyobraźnię.

Pas startowy jest bardzo krótki. Na jednym jego końcu znajduje się skała, a na drugim przepaść. Samolot, podchodząc do lądowania, wyłącza silniki i ślizgiem wjeżdża na pas. Na jego końcu musi wyhamować - inaczej zderzy się z górą.

Trasa wyprawy

Zgodnie z planem udało się nam dotrzeć do bazy u stóp najwyższej góry świata - Everest Base Camp. Oprócz bazy odwiedziliśmy również osady Phakding, Khumjung, Dingboche, Doliny Chhukung, a także zdobyliśmy Kalapatthar - najwyższy punkt całej wyprawy.

Ośnieżony szczyt himalajski widziany z trasy wyprawy
Aleksandra Kost w okolicach Everest Base Camp podczas opadów śniegu

Rytm każdego dnia

Każdy dzień zaczynał się bardzo wcześnie. Aby dojść zgodnie z planem do bazy, obowiązywała duża dyscyplina. Pobudkę zaliczaliśmy około 6.00, a wychodziliśmy na szlak o 7.00 lub 8.00. Przed wejściem na Kalapatthar trzeba było wstać już o 3.00, by na szlak wyjść o 4 rano. Każdego dnia pokonywaliśmy kilka kilometrów, a wędrówka kończyła się około 16.00 dotarciem do lodży.

Szliśmy po kilka kilometrów dziennie, ale mieliśmy ciężkie, prawie 20-kilogramowe plecaki, które nieśliśmy sami.

Aklimatyzacja - klucz do wysokości

Na takiej wyprawie wysokogórskiej kluczowa jest aklimatyzacja. Polega ona na stopniowym przyzwyczajaniu się do dużej wysokości, odbywaniu wolnych spacerów i odpoczynku w lodżach. W dzień wychodzi się wysoko, a na nocleg schodzi niżej. W ten sposób organizm przyzwyczaja się do coraz mniejszej ilości tlenu.

Byliśmy już bardzo wysoko, kiedy dolecieliśmy do Lukli (2800 m n.p.m.). By się zaaklimatyzować, schodziliśmy na 2600 m, po czym wychodziliśmy na 2900 m. W Namche Bazaar przebywaliśmy 2 dni - pierwszego dnia poszliśmy na spacer do miejsca położonego powyżej 4000 m, a na nocleg wracaliśmy do miasteczka. Drugie dwudniowe wyjście aklimatyzacyjne odbyliśmy w osadzie Dingboche. Tam jednego dnia wychodziliśmy na 5-tysięcznik Nangkartshang (5073 m).

Jaki, muły i nepalscy nosicze

Co ciekawe, na himalajskich szlakach na każdym kroku mija się jaki. Musieliśmy je przepuszczać, a czasem nawet schodzić w tym celu ze szlaków, które bywają bardzo wąskie. Podobnie było z wiszącymi mostami nad przepaściami - nieraz trzeba było się cofnąć, gdy z naprzeciwka nadchodził jak ze swoim pasterzem.

Karawana zwierząt jucznych przechodząca przez wiszący most z modlitewnymi flagami

Nepalscy nosicze - siła i pokora

Pierwszeństwo na szlakach mają także zawodowi nepalscy nosicze, którzy zrobili na wyprawie ogromne wrażenie. Potrafią przenosić nawet 100-140 kg. Tak zarabiają na życie. To czasami bardzo stare osoby. Towary taszczą w zwykłych koszach, pod które podkładają wielkie poduchy, by nie poobijać ciała. Dla utrzymania równowagi przez czoło przewieszają szarfę przypiętą do ładunku. Czasami chodzą po szlakach w klapkach (japonkach!), zwykłych tenisówkach czy sandałach.

Muły juczne niosące towary po himalajskim szlaku
Aleksandra Kost z nepalskim dzieckiem bawiącym się zielonym balonikiem

Magia Himalajów

Himalaje to magiczne miejsce. Kogoś, kto kocha góry, przyciągają jak magnes. Ta wyprawa była dla mnie nie tylko ogromnym przeżyciem, ale otwarciem na nowe możliwości i wyjściem ze strefy komfortu. Uczucia, jakich tam doznałam, pozostaną ze mną na zawsze.

Ciekawi Cię historia kolejnych wypraw górskich? Zobacz pozostałe osiągnięcia.